Po godzinach

Jak szczury lądowe podbijały wody…

… Zatoki Gdańskiej ;-). Było nie było, zawsze to lepiej niż wanna czy nawet pływalnia miejska. Ale od początku…

Gdzieś tam w maju (wstyd przyznać jak dawno to było) znowu się integrowaliśmy - tym razem na jachcie Nashachata (z eskimoskiego: mors, z polskiego: nasza chata). Jako, że żeglarstwo jest mi nadal obce, a nowo poznane nazewnictwo (te wszystkie żagle, linki, węzełki itd.) wypadło z głowy już w drodze powrotnej do Poznania to ograniczę się do krótkiego podsumowania: w dzień brakowało nam wiatru przez co nie było ponoć takich emocji jakich byśmy doświadczyli gdyby nam siarczyście powiało w żagle, a największych fal doświadczyliśmy gdy mijaliśmy (sic!) Polferiesa ;-). Za to wieczorami łapaliśmy - jak zwykle - wiatr w żagle i można powiedzieć, że niejednemu wiatr w oczy powiał ;-).

Ale, ale… nie było znowu tak źle i nudno (jakby mogło wynikać ze wstępu). Nashachata jest wszakże wyposażona również w silnik dzięki czemu w pierwszą stronę (Gdańsk - Hel) mogliśmy sobie popalić trochę gumy (w nomenklaturze wielkomiejskiej) oraz szczęśliwe dopłynąć do brzegu gdzie spałaszowaliśmy świeżą rybkę, odwiedziliśmy fokarium i skonsumowaliśmy lody (h)amerykańskie. Z powrotem ster przejęli Maxiu i Dawid, a po rozwinięciu żagli nawet trochę pobujało (jak dla takich szczurów lądowych jak my ;-)) - jak wcześniej wspomniałem, głównie po minięciu Polferiesa… W porcie gdańskim trzasnęliśmy trochę fotek, a wieczorem odwiedziliśmy portową knajpę dla wtajemniczonych gdzie mieliśmy przyjemność obejrzeć pokaz slajdów i posłuchać opowieści człowieka, który zszedł całą Afrykę (z północy na południe). Tam też wciągnęliśmy żurek i bigosik (w ilościach nieograniczonych) i nasyceni udaliśmy się na spoczynek pod Żurawiem Gdańskim. Nazajutrz rano kto chciał zwiedzał Gdańsk (kto nie chciał - odsypiał minioną noc) i o 11. z hakiem ruszyliśmy w drogę powrotną do portu, z którego wypływaliśmy (moja znajomość okolic Gdańska skutecznie mi uniemożliwiła zapamiętanie nazwy przystani ;-)). W drodze powrotnej zgarnęliśmy (a konkretnie to Błażej zgarnął) mandacik na wylocie z Piły i poza tym drobnym ekscesem, szczęśliwie wróciliśmy do domów…

Na pamiatkę zostało nam trochę zdjęć (z których jedno wspólne widnieje poniżej) i nadzieja, że następnym razem będzie wiało ;-)…

Załoga w komplecie

Przeczytaj również:

Komentarze

Post a comment